Krystyna Kofta o akcji #metoo w rozmowie dla Gazety Wyborczej

20.10.2017

Jasne, że byłam molestowana. Która kobieta nie była?

W ostatnich dniach portale społecznościowe zasypały wpisy oznaczone hasłem #JaTez. To polska odpowiedź na rozpoczętą w USA akcję #MeToo, w ramach której kobiety przyznają publicznie, że padły ofiarami molestowania. - Te doświadczenia nas łączą, bo są ponadpokoleniowe - mówi pisarka Krystyna Kofta.

Patrycja Wieczorkiewicz: Ty też?

Krystyna Kofta: Oczywiście. Nie znam kobiety, która nie doświadczyła jakiejś formy przemocy seksualnej. Gdy byłam młoda, to było nagminne tak samo, jak teraz, z tym że nie było nazwane molestowaniem. Oficjalnie problem nie istniał. Mężczyznom powtarzano, że każda przyzwoita dziewczyna mówi ,,nie'' nawet, jeżeli jest ,,chętna''. To do dziś pokutuje. Macho musi złamać opór. W Hollwoodzkiej historii brak mi solidarności kobiecej. Teraz nagle wszyscy się budzą, a wiedzieli. Brak mi kobiet zdecydowanych na rozpoczęcie ostrej walki. Te wszystkie aktorki korzystały z profitów, grały, nie umierały z głodu. Dobrze, że to wypłynęło, lepiej późno niż wcale. Mam nadzieję, że będzie więcej solidarności. Miedzy kobietami, a także między kobietami a mężczyznami. Bez tego niewiele się zmieni. To bardzo potrzebna akcja, bo świadomość zmienia mentalność.

W ciągu kilku ostatnich dni dziesiątki tysięcy kobiet na portalach społecznościowych wyznało: zostałam zgwałcona przez znajomego rodziców, byłam molestowana przez księdza, nauczyciela, szefa, obcy mężczyzna masturbował się przy mnie w pociągu, komentował długość nóg, rozmiar piersi, dotykał w kinie. To już nie zimne statystyki, a sytuacje, z którymi codziennie mierzą się nasze koleżanki, siostry, córki.

Miałam wątpliwości, czy powinnam się w to angażować. Nie jestem sfrustrowana, nie kładłam uszu po sobie, zawsze ostro reagowałam. Uznałam jednak, że ta akcja, pokazuje skalę problemu, trwającego od zawsze. Te doświadczenia nas łączą, bo są ponadpokoleniowe. Miałam czternaście lat, kiedy ksiądz przy spowiedzi zaczął wypytywać, czy ktoś czy mężczyzna mnie dotykał. Kiedy chodziłam do żeńskiej podstawówki, przed wejściem niemal ciągle stali jacyś ekshibicjoniści. Czekali, aż skończymy lekcje, zaczepiali nas, obnażali się.

Ktokolwiek reagował? Rodzice? Szkoła? Milicja?

Milicja przyjeżdżała raz na jakiś czas, przeganiała ich, a za dwa dni wracali. Same mówiłyśmy o tym, ale rodzicom już nie. To było coś wstydliwego, obrzydliwego, coś, co sprawiało, że czułyśmy się brudne. Kiedyś zaczął dotykać mnie dentysta, gdy siedziałam z zamkniętymi oczami w fotelu, z opatrunkiem na zębie w ustach. Odepchnęłam go, przeprosił, powiedział, że zdarzyło mu się to po raz pierwszy. To jest bardzo dobry, ceniony dentysta. Chcę wierzyć,      że tak nie robił.

No i po co ty się na ten fotel dentystyczny pchałaś? Musiałaś sama tego chcieć. I na pewno prowokowałaś wyglądem. Czego się spodziewałaś? - podobne komentarze możemy przeczytać pod niemal każdym doniesieniem o przemocy seksualnej.

Są rzeczy bardziej przerażające. Niedawno zmarła kobieta, która przez dziesięć dni była więziona, bita i gwałcona przez trzech napastników. Komentarze ją potępiały! Sama sobie winna. Poszła z obcym facetem, poznanym w autobusie, na imprezę? A że przyprowadził kolegów? Głupia, dobrze jej tak! Uważam, że takie komentarze powinny być od razu usuwane. Kiedyś, będąc na studiach plastycznych, spotkałam dobrego znajomego, który przedstawił mnie swoim dwóm kolegom - jeden z nich, chłopak z bardzo zamożnej rodziny, zaproponował, byśmy wszyscy pojechali do niego. Mówił, że jego ojciec ma niesamowitą kolekcję obrazów i powinnam ją zobaczyć. Czego się spodziewałam? Że obejrzę obrazy.    I niczego więcej. Znałam jednego z nich, czułam się bezpiecznie. Pojechaliśmy. Gdyby nie fakt, że mam niesamowicie dobry słuch, mogłoby się to fatalnie skończyć - usłyszałam, jak w drugim pokoju naradzają się, który zacznie i tak dalej. Kiedy wrócili zaproponowałam, byśmy wrócili do akademika po moje dwie koleżanki, które chętnie do nas dołączą, zrobimy party. Poszli na to. W akademiku mówię o tym dziewczynom i chłopakom z roku, była straszna awantura.

Słyszałam, że potrafiłaś też zadać nokautujący cios.

Pisałam o tym juz dawno w tekście dla “Polityki”. Po liceum, żeby zarobić kasę na studia, pracowałam jako projektant-plastyk w Zakładzie Badań i Doświadczeń Przemysłu Okuć. Miałam urządzać wystawę naszych produktów. Przyszłam do gabinetu dyrektora Zjednoczenia. Taki dyrektor to był wtedy ktoś, kto wszystko może prawie jak władca z PiS-u. Miałam z nim omówić szczegóły, wstał zza biurka, podszedł, żeby sie pzrywitać i zaczął mnie obmacywać. Po prostu, jakby to było jego prawo. Oczywistość. Strzeliłam mu w pysk. Z całej siły. Nie spodziewał się tego po szczupłej nastolatce. Miałam 19 lat. Przybiegła jego sekretarka - wszyscy w firmie wiedzieli, że z nią sypia, nie miałam pojęcia, jaki dokładnie charakter ma ich relacja. W każdym razie w tamtym momencie na jej twarzy zobaczyłam ledwo ukrywaną satysfakcję.

Nie każda kobieta może sobie na taką reakcję pozwolić. I nie każda potrafi.

To prawda. Zdaję sobie sprawę, że byłam w pozycji uprzywilejowanej, nie musiałam martwić się, że zostanę bez pracy. Byłam plastyczką, później pisarką, mogłam pracować gdziekolwiek. Jest mnóstwo kobiet, które pokornie znoszą takie sytuacje, zaciskają zęby, bo ciąży na nich presja ekonomiczna. Muszą nakarmić dzieci, nie dostają alimentów, opłacają czynsz. Jak któraś fiknie, może stracić pracę, zostać na lodzie. W jednym z programów telewizyjnych rozmawiałam        z kobietą, która mówiła, że nie rozumie ofiar przemocy domowej, bo sama odeszłaby od razu, kiedy uderzyłby ją po raz pierwszy. Tłumaczyłam - bo jesteś uprzywilejowaną, bogatą artystką z Warszawy! Bezdzietną. Gdybyś potem została      z dziećmi bez alimentów co jest częste, to nie wiem jakbyś się zachowała. A ona na to, że wolałaby czyścić klozety, niż być z taką osobą. Podsumowując – uważała, że jeżeli mąż cię bije, to sama jesteś sobie winna, bo nie odeszłaś. To brak solidarności kobiecej, mierzenie wszystkich swoją miarą.

W latach siedemdziesiątych przyjechałaś do Warszawy, wydałaś pierwszą książkę, zaczęłaś obracać    się w inteligenckim środowisku. Było lepiej?

Niedługo przed debiutem, już po podpisaniu umowy z ,,Czytelnikiem'', przyszłam z fragmentem swojej prozy do redakcji wydawnictwa ,,Literatura''. ,,Taki piękny pączek róży i pisze?'' - to pierwsze pytanie, jakie usłyszałam od redaktora. Zapamiętałam dokładnie, było tak kiczowate, że aż śmieszne. To miał być komplement. Wychodziło też wówczas pismo literackie, którego redaktorem naczelnym był pewien były minister kultury i sztuki. Na spotkanie z nim poszłam ze swoim sześcioletnim synem, za rączkę, bo wiedziałam, że lubi lubieżne gadki i głaszcze, jeśli się na to pozwala. Wszyscy o tym mówili, pisarki i poetki się ostrzegały. Jednak jako pisarka byłam groźna, wiadomo że taka może wszystko opisać, opublikować, więc byłam w lepszej sytuacji.

Przemoc fizyczną, gwałt, molestowanie, większość społeczeństwa potępia - przynajmniej oficjalnie. Kiedy jednak sprzeciwiamy się przedmiotowemu traktowaniu, napiętnujemy seksistowskie żarty, niechciane zaczepki czy uliczne ,,komplementy’’, słyszymy ,,więcej dystansu!''. Brak nam dystansu?

Wszystko zależy od kontekstu i tego, kto i w jaki sposób mówi. Najgorsza jest ociekająca lubieżność. To ona sprawia,     że czujesz się brudna. Czym innym jest, kiedy twoją urodę skomentuje znajomy, przyjaciel, a czym innym, kiedy na ulicy słyszysz, że masz świetny tyłek. Kiedy przychodziłam do ,,Czytelnika'', Janusz Głowacki chwalił moją sukienkę, fryzurę - zwłaszcza, kiedy zgoliłam włosy po chemioterapii i odrosły krótkie. Wolał, kiedy miałam krótkie. To jest           w porządku.

Kiedy stwierdziłaś, że jesteś feministką?

Zawsze nią byłam, choć unikałam tego określenia. Byłam jedną z tych kobiet, które mówiły: nie jestem feministką,       ale - i głosiły całą litanię feministycznych postulatów, jak potrzeba walki  z przemocą seksualną czy dyskryminacją na rynku pracy. Dziś mówię: Jestem feministką, ale nigdy nie nazwę mężczyzn ,,męskimi, szowinistycznymi świniami''. Nie akceptuję tego języka w dyskursie publicznym. Nie chcę obrażać ogółu mężczyzn. Lubię mężczyzn, mam dobrych przyjaciół. Są nam potrzebni jako sojusznicy w walce o podstawowe prawa. Bardzo pomogli przy konwencji antyprzemocowej. Mój mąż jest umiarkowanym feministą, syn także. Jednak nie wynika to z samego określenia, lecz     z przekonania. Wystarczy być przyzwoitym człowiekiem i rozumieć, że mamy takie same prawa. Nie jest to łatwe po setkach lat dominacji, ale możliwe. 

                                                                                                                                                      Gazeta Wyborcza, 20.10.2017